Wietnam Południowy - cena którą zapłacono za Sajgon

Była 5.30 rano czasu miejscowego w Sajgonie. Mimo wczesnej pory, na zewnątrz panował okropny upał i duży ruch. Pod splotami setek grubych kabli elektrycznych wiszących nad jezdnią, przemykały pierwsze skutery, dając się we znaki ciągłym trąbieniem i drażniącym uszy rzężeniem silników.

Pode mną rozciągała się ciasna kolonialna uliczka w centrum miasta. Przez mgiełkę na oczach, paląc papierosa, przyglądałem się z balkonu pracowitym sklepikarzom i restauratorom krzątającym się wokół stolików i straganów. Widziałem, jak przygotowywali je na pochód hordy białych turystów, która w ciągu kilkunastu następnych godzin bez opamiętania wydawała przy nich pieniądze na tanie jedzenie i pamiątkowe buble.

Sajgon, wcześnie rano, mieszkańcy udają się do pracy (fot. K. Kolek-Bronowicz)

Pamiętam, jak powoli i z coraz większą zgrozą przypominałem sobie wszystkie wydarzenia minionej nocy, czyli kolację z niedosmażonych ślimaków winniczków, które w zupełnie niehigienicznych warunkach na moich oczach przyrządzała stara Wietnamka, odór zupy Pho z gnatów krowy i drewniane pałeczki wielorazowego użytku. W głowie nadal czułem szum lokalnego piwa, które swoją nazwą sławi byłą stolicę Wietnamu Południowego Sajgon.

Jaki jest Sajgon A.D. 2010?

Z zewnątrz jest chyba tym samym miastem, które znam z kadrów filmu "Full Metall Jacket", czy "Łowca Jeleni". Oczywiście, z uwzględnieniem tego, iż czasy różnią się od siebie nie tylko ilościowo, ale i jakościowo. Domyślam się, że przejawia się to między innymi w nieco mniej natrętnym rzężeniu silników współczesnych skuterów, od tych z okresu wojny wietnamskiej.

Widok na nowoczesną część miasta (fot. B.Bronowicz)

Właśnie, wojna wietnamska! Na dzień przed drugim zwariowanym wieczorem w Sajgonie wybraliśmy się o poranku do rejonu Cu Chi, aby obejrzeć jej relikty. Połowa żeńskiej części naszej grupy z góry zrezygnowała z wycieczki, dzięki czemu mogliśmy udać się tam, mieszcząc się w jednej i bardzo taniej taksówce.

Nie chcę rozwodzić się nad atrakcjami związanymi z samym pobytem w rejonie Cu Chi. Kto był, ten je zna, a kto nie, ten może sam się tam wybierze lub znajdzie w internecie obfitość informacji na temat tego "egzotycznego skansenu wojennego". Jest jednak jedna rzecz, którą chciałbym się podzielić.


Rzeka Mekong (fot. B.Bronowicz)

Na miejscu naszym przewodnikiem był mniej więcej 30-letni żołnierz Ludowej Armii Wietnamu. Młody sympatyczny człowiek z przyzwoitym angielskim. Jak na mój gust, opowieść o wietnamskich Gorillaz snuł ze zbyt wyuczonym zaangażowaniem, ale ta nuta naiwnego patosu towarzyszyła chyba wszystkim azjatyckim występom, jakie miałem okazję na żywo oglądać. Na początku zwiedzania, patrząc i słuchając, przypomniał mi się jakiś stary radziecki film, w którym okrągły na twarzy komisarz wojenny plótł polityczno-wychowawcze farmazony do czerstwych krasnoarmiejców. Jednak minuty mijały, a "deklamacja" naszego przewodnika coraz bardziej nasycała się bólem, krwią i heroizmem. Słowom poczęły towarzyszyć pokazy pułapek na amerykańskich żołnierzy zabójców (cyt: "American killer soldiers"), które przyprawiały nas o dreszcze na karku, przechadzki po zatęchłych schronach ziemnych oraz przeciskanie się klaustrofobicznymi tunelami partyzantów Viet Congu. Wszystko to mocno poruszyło moją wyobraźnię. Po prostu dałem się wciągnąć.

Dodam jeszcze, że na samym początku, zaraz po wejściu do skansenu, w specjalnym schronie przypominającym polową świetlicę dla żołnierzy, włączono nam północno-wietnamską kronikę wojenną, pełną trupów, wystrzałów, napalmu i zrozpaczonych cywilów. Archiwalne materiały video były ewidentnie antyjankeskie. Przy tej okazji wspomnę, że również na wstępie każdy turysta pytany był przez wietnamskich przewodników o kraj pochodzenia. Po co? Zupełnie nie mogłem się domyślić. Dopiero po powrocie do Polski dowiedziałem się od znajomego, że ludziom z USA włącza się inny film. Podobno ostrzejszy i dużo, dużo lepszy!

A wracając do sedna tematu. Może dziwne jest to, co napiszę. Ale jadąc do Cu Chi, miałem nadzieję, że poczuje na miejscu coś kultowego, antywojennego, hipisowskiego, coś archaicznie rock&rollowego, czyli to, co wpoiła mi amerykańska kinematografia. Na miejscu spotkało mnie zupełne zaskoczenie - brak Hollywood!


Pokaz działania pułapki w drzwiach na amerykańskich żołnierzy (K.Paterek)

Wracając z Cu Chi do Sajgonu, miałem ściśnięte gardło i uczucie jakbym właśnie zakończył uczestnictwo w apelu poległych Powstańców Warszawy, czy w innych uroczystościach o martyrologicznym charakterze. Uczucie to nadal do mnie wraca podczas wspomnień, a wizyta w rejonie Cu Chi całkowicie wyzbyła mnie dotychczasowych, bardzo naiwnych skojarzeń z wojną wietnamską.


Wejście do tuneli Viet-Kongu (fot. K.Paterek)

Powrót do Sajgonu jeszcze tego samego wieczoru był dla mnie jednocześnie powrotem do innego świata. W niezauważonym przeze mnie wcześniej pubie nieopodal naszego hotelu, klimat jak w stanie Teksas - kaktusy w witrynach, tandetne niby meksykańskie malowidła na ścianach, amerykański gwieździsty sztandar - jeden nad barem, a drugi przed barem, w ofercie trunków Bud oraz Bud Light. Na ulicy tłum, a w nim American Dudes w wielowiekowym przekroju - młodzi gniewni i starzy desperaci. Niektórzy z nich to pewnie weterani wojny zakończonej przed 35 laty. Liczni, w objęciach miejscowych dziewczynek na jedną noc, które za dwadzieścia dolarów zaopiekują się każdym. Piwo i mocne trunki leją się strumieniami w przygotowanych o świcie restauracyjnych ogródkach, a wolny rynek kwitnie pod troskliwym okiem władzy. Gdyby nie czerwone sztandary i duży portret Ho Chi Minha, które widziałem na pobliskim placu defiladowym, nigdy bym się nie domyślił, że jestem w kraju komunistycznym.


Zakończenie roku szkolnego - wakacje! (fot. B.Bronowicz)

Kiedy to wszystko sobie przypominam, nachodzi mnie smutna refleksja, że po raz kolejnyludzkość poniosła wielki i niepotrzebny koszt, po to, by zatoczyć dziejowe koło i wrócić do naturalnych prawideł zwykłej codzienności. Sajgon jest znowu taki, jak w amerykańskich filmach, gdyż takim chyba powinien być ku zadowoleniu jego mieszkańców i turystów oraz niespełnieniu się ideałów rządzących komunistów. Tylko dlaczego za taką cenę!?

Historycy szacują, że wojna w Wietnamie pochłonęła od pół do miliona wietnamskich istnień oraz pięćdziesiąt tysięcy dwieście dwadzieścia osiem żyć amerykańskich żołnierzy.

 

Logowanie